Odryglowała zasuwkę i otworzyła drzwi. Przed nią stał rosły mężczyzna w kurtce pokrytej łatami i szpilkami, z brodą przesiąkniętą siwizną. W jego oczach malowała się wdzięczność i zmęczenie. „Dziękuję” – powiedział. „Jestem Mike. Nie zapomnimy tego”. Za nim, w burzy, czekało pozostałych dwudziestu czterech mężczyzn. Gdy Williams przyjrzała się bliżej, zobaczyła to samo, co Mike.
Część II — Noc ciepła
Gdy Williams przyjrzała się uważniej, zobaczyła to, co Mike: strach i zmęczenie na każdej twarzy za nim. To nie byli drapieżnicy, a mężczyźni pokiereszowani przez burzę – oczy zaczerwienione od wiatru, wargi popękane, palce drżące od odmrożeń. Ich skórzane kurtki, teraz przemoczone i sztywne, nosiły emblemat Hell's Angels, nazwę, która niosła ze sobą większy ciężar, niż ktokolwiek z nich zdawał się udźwignąć tej nocy.
„Proszę wejść” – powiedziała cicho.
Jeden po drugim wchodzili do środka, strzepując śnieg z butów. Żar z pieca był słaby, ale wystarczający, by szczypać ich zmarzniętą skórę. Mike niósł rannego mężczyznę – Danny’ego – którego dżinsy były przemoknięte do suchej nitki, ciemne od krwi aż do kolana. „Uderzył w barierkę” – powiedział Mike. „Próbowaliśmy go owinąć, ale jest źle”.
Williams zaprowadziła ich do kuchni, gdzie rozłożyła ręczniki na podłodze. Zagotowała wodę, podarła stare prześcieradło na paski i oczyściła ranę najlepiej, jak potrafiła. Danny skrzywił się, ale nie narzekał. „Jest pani aniołem, proszę pani” – wyszeptał.