Ta podróż zdarzyła się niemal przypadkiem, co czyni ją tym bardziej godną ubolewania. Christina zaproponowała, żebyśmy wyjechali na weekend, w jakieś ciche miejsce, gdzie mógłbym „przewietrzyć głowę”, a ja odmówiłem trzy razy, zanim w końcu zgodziłem się, w tonie, który miał znaczenie. Powiedziałem Hannah, że dwa miasta stąd jest konferencja zawodowa i że nie będzie mnie przez czterdzieści osiem godzin, może trochę dłużej, jeśli spotkania się przeciągną.
Długo patrzyła na mnie z wózka inwalidzkiego przy kuchennym oknie. Nie było dramatycznej konfrontacji, oskarżeń, łez. Po prostu zapytała: „Zadzwonisz do mnie, jak dotrzesz na miejsce?”. Pocałowałem ją w czoło i odpowiedziałem: „Oczywiście”.
Zadzwoniłem tego pierwszego wieczoru. Mój głos był nawet czuły. Christina była pod prysznicem w hotelu, a ja stałem przy zasłonach, wpatrując się w parking pełen nieznanych samochodów, mówiąc żonie, że za nią tęsknię, podczas gdy zapach innej kobiety wciąż unosił się na mojej skórze.
Weekend ciągnął się w nieskończoność. Christina powiedziała, że możemy zostać jeszcze jeden dzień, potem kolejny. Mój telefon zapełnił się nieodebranymi połączeniami od Hannah, potem wiadomościami głosowymi, a potem coraz krótszymi i bardziej bolesnymi wiadomościami, a ja zamiast odpowiadać jak mąż, zrobiłem to, co tchórze potrafią najlepiej: odwlekałem, racjonalizowałem i wycofałem się w kłamstwo, które sam stworzyłem.
Po pięciu dniach nawet Christina przestała udawać, że nie widzi. „Nie da się żyć dwoma życiami w nieskończoność” – powiedziała, opierając się o hotelową toaletkę i malując usta. „W pewnym momencie albo wybierasz wolność, albo znów pogrążasz się w chaosie”.
Wolność. Jakie piękne słowo na coś tak zgniłego. Chciałem w to wierzyć, chciałem myśleć, że nie porzucam zranionej kobiety, tylko ratuję się przed życiem, na które nigdy się nie zgodziłem. I tak właśnie działa samooszukiwanie: nadaje egoizmowi łagodniejszy wygląd i rozsiewa go po całym świecie, podając za prawdę.
Dziesiątego dnia wróciłem do domu, bo nawet tchórzom w końcu brakuje miejsc, w których mogliby się ukryć. Christina pocałowała mnie swobodnie i pewnie, jak kobieta pewna, że już wygrała, a jej zapach unosił się na mojej koszuli aż do podjazdu. Pamiętam, jak szukałem kluczy, ćwicząc już skruszoną rolę, którą mógłbym odegrać, gdyby Hannah była na tyle zła, by odejście wydawało się łatwiejsze.
W domu panowała cisza, ale nie ta przytłaczająca cisza, którą pamiętałem. Nie była to cisza bólu, leków, ostrożnego snu ani szumu telewizora w tle. Była taka pustka, że nawet powietrze wydawało się dziwne.
„Hannah?” „Zawołałam” – powiedziałam, rzucając torbę na korytarz, nie zdając sobie z tego sprawy. Mój głos roztrzaskał się o ściany i powrócił do mnie jako szept. Żadnej odpowiedzi, żadnego obracającego się koła na podłodze, żadnego delikatnego „Jestem tutaj”, żadnego życia.
Wbiegłam do pokoju, a to, co zobaczyłam, oszołomiło mnie bardziej niż jakikolwiek krzyk. Łóżko było pościelone z niemal rytualną precyzją, poduszki ułożone z niemal ceremonialną perfekcją, a w pokoju pachniało czystością, a nie szpitalem. Buteleczki z lekarstwami zniknęły z nocnego stolika, zastąpione prostą kopertą z moim imieniem wypisanym drżącą ręką Hannah.
Moje ręce drżały, zanim jeszcze go otworzyłam. List w środku miał tylko jedną stronę, ale każdy wers brzmiał jak werdykt, napisany przez kogoś, kto w końcu przestał prosić o miłość i zaczął nazywać to, co ją spotkało. „Danielu” – zaczęła – „jeśli to czytasz, to znaczy, że wróciłeś. Nie wiem skąd i nie będę cię pytać”.