Rozważałem jej słowa, gdy James próbował włożyć cały niebieski klocek do ust.
„Strach mnie sparaliżował, mamo” – przyznałam.
„Wiem”, odpowiedziała gładko. „Właśnie to sprawiło, że zwycięstwo było tak absolutne”.
James przerwał żucie i mrugnął do mnie wielkimi, poważnymi oczami, jakby popierał ocenę babci. Delikatnie wyciągnąłem ośliniony niebieski klocek i zaproponowałem w zamian zielony. Ocenił wymianę, uznał ją za akceptowalną i kontynuował pracę.
Za oszronionymi szybami szalała chicagowska zima – szara, bezlitosna i brutalna. Ale w środku mieszkanie było oazą ciepła, pachnącą czosnkiem, rosołem i nowym początkiem. Gdzieś w mieście Sophie niewątpliwie obalała argumenty przeciwnika.
Spojrzałem na syna, a potem na rozrzucone klocki na dywanie. To jest imperium, które buduję, pomyślałem. Cegła po starannie dobranej cegle. Nie zostało zbudowane na toksycznym, kruszącym się fundamencie, który zaprojektowali, żeby mnie uwięzić. Zostało zbudowane na solidnym gruncie, o który walczyłem, którego broniłem i którego broniłem.
A gdy James nagle i głośno zachichotał, wiedziałem już z całą pewnością: to było więcej niż wystarczające.