Potem wróciła do sprzątania.
Dni zaczęły układać się w pewien rytm.
Pod koniec pierwszego tygodnia Rebecca znała dom tak, jak znała swoje małe mieszkanie. Nie tylko to, gdzie się znajdowały, ale i jak się je czuło: jak trzeci stopień schodów lekko skrzypiał, gdy stanęło się po lewej stronie, jak poranne światło przesuwało się przez salon, zaczynając od regału z książkami i powoli przechodząc przez podłogę, aż do późnego poranka dotarło do przeciwległej ściany, jak cały dom zapadał w bezruch między 1:00 a 2:00, kiedy pan Caleb jadł lunch sam, a zegar na korytarzu zdawał się tykać nieco głośniej.
Nauczyła się też jego rytmu, tak jak Grace ją ostrzegała. Zawsze był w swoim gabinecie o 6:00 rano. Nie lubił, gdy mu przerywano przed 9:00, chyba że było to pilne. Jadł cicho i szybko, bez ceregieli. Poruszał się po domu z rozmysłem, nigdy się nie włóczył, nigdy nie leniuchował, jakby zdecydował, dokąd idzie, zanim wstał.
Nie odzywał się do niej zbyt wiele ponad to, co było konieczne. „Dzień dobry”, krótkie polecenie, ciche „dziękuję”, gdy stawiała mu posiłki. Ale nie była to nieprzyjazna cisza. To była po prostu cisza człowieka, który długo mieszkał sam i przyzwyczaił się do charakteru swojego towarzystwa.
Rebecca czuła się z tym dobrze. W końcu miała swoją ciszę.
Ale od czasu do czasu, tylko od czasu do czasu, podnosiła wzrok znad pracy i zauważała, że on obserwuje ją z drugiego końca pokoju, nie w dziwny sposób, raczej tak, jak patrzy osoba, która lekko zaprząta sobie czymś myśl, a jeszcze nie wie, co to za myśl.
Za każdym razem, gdy to się zdarzało, on natychmiast odwracał wzrok, ona również.
Żaden z nich o tym nie wspomniał.
Stało się to w czwartkowy poranek drugiego tygodnia.
Rebecca sprzątała gabinet. Pan Caleb wyszedł, jeden z nielicznych poranków, kiedy miał wczesne spotkanie w biurze, i w domu panowała całkowita cisza, spokój, jaki panował tylko wtedy, gdy go w nim nie było.
Ostrożnie przemierzyła pokój. Odkurzyła regały, odkładając każdą książkę dokładnie tak, jak ją znalazła. Wytarła biurko, przesuwając po nim papiery, nie dotykając ich. Wyczyściła okno długimi pociągnięciami od góry do dołu.
Następnie zwróciła się w stronę ściany ze zdjęciami.
Czyściła ramki po kolei, delikatnie podnosząc każdą z nich, przecierając szkło i odkładając je z powrotem. Było też duże, formalne zdjęcie pana Caleba ściskającego dłoń kogoś przed ukończonym budynkiem. Było też grupowe zdjęcie kilku mężczyzn w garniturach na czymś, co wyglądało na firmową imprezę.
Potem podniosła następną.
Było mniejsze od pozostałych, w prostej, czarnej ramce. Przedstawiało młodego mężczyznę, może pod koniec 20., może na początku 30. roku życia, stojącego gdzieś na zewnątrz i patrzącego prosto w obiektyw. Był szczupły, miał bystre spojrzenie, nawet wtedy poważny. Nie był jeszcze eleganckim biznesmenem o srebrnych włosach i wyprasowanych białych koszulach. Po prostu młodym mężczyzną u progu czegoś.
Rebecca spojrzała na zdjęcie.
Nie była pewna, jak długo tam stała. Nie mogło to trwać dłużej niż kilka sekund, ale coś w tym pociągało ją w sposób, którego nie potrafiła opisać – dziwne, ciche przyciąganie, jak słuchanie utworu muzycznego, który brzmi znajomo, mimo że jesteś pewien, że nigdy wcześniej go nie słyszałeś.
Na zdjęciu nie było nic niezwykłego. Był to po prostu młody pan Caleb, jej pracodawca, mężczyzna, którego znała od dwóch tygodni. A jednak odstawiła ramkę dokładnie tam, gdzie stała, i patrzyła na nią jeszcze przez chwilę, po czym lekko pokręciła głową, podniosła szmatkę i poszła dalej.
Powtarzała sobie, że to nic. Nie miała powodu, żeby sobie nie wierzyć.
W następną sobotę wszystko się zmieniło, choć Rebecca nie mogła się tego spodziewać.
Była w kuchni tuż po 11:00 rano, myjąc rzeczy do śniadania, gdy usłyszała samochód wjeżdżający na podjazd. Nie był to samochód pana Caleba. Inny silnik, głośniejszy i mniej równy. Potem trzask drzwi samochodu. Potem głos, donośny i radosny, dochodzący z zewnątrz.
„Caleb, chodź tu, człowieku. Nie przyjechałem tu, żeby dzwonić dzwonkiem”.
Rebecca usłyszała, jak fotel pana Caleba w gabinecie został odsunięty. Usłyszała jego kroki, jak zawsze niespieszne, zmierzające korytarzem w stronę drzwi wejściowych. Potem rozległ się dźwięk otwieranych drzwi i dwóch mężczyzn powitało się jak starzy przyjaciele – nie formalnie, ale z czymś głośnym, ciepłym i lekko chaotycznym, czego dom pana Caleba zazwyczaj nie posiadał.
„Benjamin” – usłyszała głos pana Caleba.
Nawet w tym jednym słowie, wypowiedzianym zwykłym, spokojnym tonem, było coś innego, coś luźniejszego.
Rebecca wytarła ręce ręcznikiem i poszła zobaczyć, czy jest potrzebna.
Benjamin w niczym nie przypominał pana Caleba. Tam, gdzie pan Caleb był zamknięty, Benjamin przelewał się. Był rosłym mężczyzną o szerokich ramionach i szerokim uśmiechu – takim, który wydobywał się z głębi brzucha – i nie miał ochoty na ciszę. Miał na sobie jasną koszulę z rozpiętym kołnierzykiem i niósł skórzaną torbę podróżną, którą bez namysłu rzucił na środek korytarza. Emanował swobodną, swobodną energią kogoś, kto spędził wiele lat, podróżując między krajami i przestał się czymkolwiek dziwić.
On i pan Caleb stali na korytarzu, gdy Rebecca wyszła zza rogu kuchni, trzymając w rękach małą tacę.
„Proszę pana” – powiedziała, patrząc na pana Caleba – „czy pański gość chciałby się czegoś napić?”
Benjamin odwrócił się i zatrzymał.
Nie dramatycznie. Nie tak, jak ludzie zatrzymują się w filmach z szeroko otwartymi oczami i urywanymi oddechami. Tylko krótka, cicha pauza. Uśmiech nie znikał z jego twarzy, ale coś za nim się zmieniło, jak światło raz migocze, a potem znowu błyśnie.
Spojrzał na Rebeccę. Jego wzrok powoli przesunął się po jej twarzy, tak jak patrzysz na coś, kiedy mózg wykonuje obliczenia, o których jeszcze nie wiedziałeś. Jej oczy, kości policzkowe, kształt szczęki, sposób, w jaki się trzymała.
Potem uśmiech wrócił na twarz w pełni. Pokręcił głową niemal niezauważalnie, jakby odpowiadał na pytanie, które tylko on usłyszał, i odwrócił się z powrotem do pana Caleba.
„Woda jest w porządku” – powiedział. „Dziękuję”.
Rebecca skinęła głową i wróciła do kuchni.
Za sobą usłyszała Benjamina mówiącego coś cicho do pana Caleba. Nie mogła zrozumieć słów. Potem usłyszała, jak pan Caleb mówi: „Zaczęła w zeszłym tygodniu. Grace ją poleciła”.
Benjamin wydał z siebie krótki dźwięk, coś w rodzaju śmiechu, coś jeszcze, czego nie potrafiła w ogóle odczytać.
Rebecca napełniła dwie szklanki wodą i wyniosła je z powrotem na tacy. Żaden z mężczyzn nie patrzył na nią dziwnie, kiedy wróciła. Benjamin już opowiadał o swoim locie, machając ręką i rozpoczynając opowieść o lotnisku. Pan Caleb słuchał z tym swoim specyficznym wyrazem twarzy, którego używał, gdy był cierpliwy.
Rebecca odstawiła szklanki i zostawiła je w spokoju.
Benjamin został na lunch.
Rebecca przygotowała – grillowaną rybę, ryż i prostą sałatkę – i podała w jadalni. Przechodząc tam i z powrotem przez kuchnię, wychwytywała drobne fragmenty ich rozmowy płynące przez drzwi: stare nazwiska, stare miejsca, sposób, w jaki ludzie rozmawiają, gdy sięgają do wspólnej przeszłości i wygrzebują wspomnienia do analizy.