Nazwa leku była nieznana – długa, kliniczna, skomplikowana. Ale nazwisko pacjenta wydrukowane pod spodem było jednoznaczne.
Margaret Collins.
Instrukcja dawkowania dla dorosłych.
Palce mi drżały, gdy obracałem butelkę. Według etykiety recepta została zrealizowana zaledwie dziesięć dni temu – tuż przed przyjazdem Margaret. Butelka była już prawie w połowie pusta.
„Ile dała ci babcia?” – zapytałem cicho.
„Jedną co noc” – powiedziała Lily. Potem nachyliła się bliżej i wyszeptała: „Powiedziała, że to nasz mały sekret”.
To wystarczyło.
W ciągu kilku minut wsiadłam do samochodu z Lily i jechałam do naszego pediatry, dr. Cartera , a serce waliło mi jak młotem przez całą drogę. Lily radośnie nuciła na tylnym siedzeniu, nieświadoma burzy, jaka narastała w mojej głowie.
Gdy przybyliśmy na miejsce, personel od razu zaprowadził nas do gabinetu zabiegowego.
Doktor Carter wszedł spokojnie – dopóki nie podałem mu butelki.
W chwili, gdy przeczytał etykietę, krew odpłynęła mu z twarzy.
Jego ręce zaczęły się trząść.
Następnie uderzył butelką o stół z taką siłą, że Lily podskoczyła.
„Masz pojęcie, co to jest?” – zapytał ostrym, niepokojącym głosem. „Dlaczego czterolatek bierze ten lek?”
Zaschło mi w gardle. „Teściowa powiedziała nam, że to witaminy”.
Doktor Carter na chwilę zamknął oczy, wyraźnie próbując opanować gniew.
„Ten lek to silny środek nasenny i przeciwlękowy , przeznaczony wyłącznie dla dorosłych” – powiedział na koniec. „Może spowolnić oddech dziecka i wpłynąć na rozwój mózgu, jeśli jest podawany wielokrotnie”.
Moje kolana niemal się ugięły.
„Czy ona będzie w porządku?” – wyszeptałem.
Dokładnie zbadał Lily – jej puls, odruchy, oddech. Po kilku napiętych minutach wypuścił głęboki oddech.
„Ma dużo szczęścia” – powiedział. „Dawka, którą jej podano, jest na tyle mała, że nie widzimy natychmiastowych uszkodzeń. Ale musimy natychmiast przerwać leczenie”.
Poczułem tak wielką ulgę, że musiałem usiąść.
Kiedy wróciliśmy do domu późnym wieczorem, Margaret siedziała w salonie i robiła na drutach, jakby nic się nie stało.
„Gdzieście się podziali?” zapytała lekko.
Położyłem buteleczkę z tabletkami na stole przed nią.
Jej druty zamarzły.
„Dlaczego podawałeś mojej córce swoje leki?” – zapytałem.
Margaret wyglądała raczej na zawstydzoną niż winną.
„Ma tyle energii” – powiedziała defensywnie. „Nigdy nie potrafi usiedzieć spokojnie w nocy. Chciałam tylko, żeby lepiej spała, żeby wszyscy mogli odpocząć”.
Poczułem ucisk w klatce piersiowej.
„Podałem narkotyki czteroletniemu dziecku, żeby łatwiej było ci się nim zająć”.
Margaret próbowała to zignorować, ale mój mąż, który wrócił do domu i wszystko słyszał, stał obok mnie w oszołomionym milczeniu.