Drzwi otworzyły się powoli, skrzypiąc, jakby nawet zawiasy wahały się, czy pokazać, co jest w środku.
A to, co zobaczyła... było zupełnie inne od tego, na co przygotowywała się w ciągu tych długich, bezsennych nocy.
Salon był całkowicie pusty.
Zniknęła kanapa, na której siadywali razem po obiedzie. Stół nie jest już zasłany szkolnymi rysunkami i zaległymi rachunkami. Nie ma już oprawionych zdjęć z urodzin, leniwych niedziel ani cichych uśmiechów.
Wszystko co zniknęło.
Jakby ktoś starannie wymazał ich życie, kawałek po kawałku, pozostawiając po sobie jedynie pustą przestrzeń i echa.
Jej pierś skurczyła się boleśnie.
"Co…?"
Słowa wyrwały jej się z piersi, zanim mogła je powstrzymać, bezbronna i zdezorientowana.
Wtedy za nią rozległ się głos.
"Między."
Odwróciła się gwałtownie i instynktownie przyciągnęła dzieci bliżej siebie.
To była ona.
Kobieta.
Pozostała tam, zachowując tę samą opanowaną postawę, ten sam stanowczy wyraz twarzy – ale coś się zmieniło.
Chłód i poczucie wyższości zniknęły.
Dotyczyło to również milczącej pogardy, którą czuła wcześniej.
Teraz zostało tylko coś cięższego. Coś połączonego z ziemią. Prawie… ludzkie.
Dzieci mocno trzymały się matki i kurczowo trzymały jej ubrania.
"Mamo... boję się..."
„Wiem” – wyszeptała, obejmując ich, choć jej własne dłonie drżały. „Jestem tutaj”.
Weszła do środka.