Pierwszy tydzień poza domem był jak mgła. Błąkałam się przez dni jak duch, spałam na kanapie u koleżanki, kopałam w sufit i rozmyślałam o mojej matce, którą uważałam za absolutnie jednorazową. Każde wspomnienie o niej – jej śmiech, dotyk, głos – było zatrute wątpliwościami.
Aż pewnego wieczoru zadzwonił mój telefon. To był mój ojczym. Jego głos był łamiący się, drżący, zalany łzami. „Proszę, przyjedź tu szybko” – błagał. Serce mi się ścisnęło. Pomyślałam, że stało się coś strasznego – może jego syn został ranny, może dom się spalił, może umierał. Mimo wszystko poszłam.
Kiedy dotarłem na miejsce, mężczyzna, który mnie kiedyś wyrzucił, stał przede mną blady i drżący. Zaprowadził mnie na górę, do dawnego pokoju mojej matki. Tam, za jej komodą, wyjął małe, zapieczętowane pudełko. Wstrzymałem oddech.