Moja wnuczka szepnęła mi: „Dziadku, nie wracaj do domu. Słyszałam, że babcia knuje coś złego dla ciebie”.

Zameldowała się w hotelu w Vancouver... podając swoje panieńskie nazwisko.

I nie była sama.

Była tam z mężczyzną.

Kiedy zobaczyłem zdjęcie, które wysłał mi Marcus, krew mnie zalała.

Był moim lekarzem.

Mężczyzna, który przepisywał mi leki przez lata.

Te same tabletki, po których zrobiło mi się niedobrze.

Wszystko ułożyło się w całość z przerażającą jasnością.

To nie była paranoja.

To był plan.

Poszedłem do hotelu.

Nie spotkałem się z nimi.

Słuchałem.

Przez drzwi usłyszałem głos Margaret: lekki i podekscytowany.

„Nie mogę uwierzyć, jakie to proste” – powiedziała.

Lekarz się roześmiał.

„Będziesz miała wszystko” – powiedział jej.

Odpowiedź Margaret zmroziła mi krew w żyłach.

„Samo ubezpieczenie kosztuje osiemset tysięcy dolarów” – powiedział. „Plus cała reszta. Prawie dwa miliony”.

A potem nadeszła najgorsza część.

„To go powoli zatruwa” – powiedział lekarz.

Małgorzata spokojnie odpowiedziała:

„Małe dawki. Wygląda naturalnie.”

Rozmawiali o mojej śmierci, jakby była zaplanowanym wydarzeniem.

Jakby to było nieuniknione.