Spała w 8A, gdy kapitan zapytał, czy na pokładzie są piloci myśliwców.

„Trzymajcie ich na miejscach” – powiedziała Mara przez interkom. „W razie potrzeby użyjcie siły. To sytuacja wymagająca bezpieczeństwa”.

Wyłączyła interkom i spojrzała na kapitana.

„To jest skoordynowane” – powiedziała. „Samolot jest na zewnątrz, pasażerowie są w środku. Ktoś to zaplanował”.

„Ale dlaczego?” – zapytał kapitan. „Czego oni chcą?”

Mara przyjrzała się zmienionej trasie lotu, odległym współrzędnym nad Atlantykiem, czasowi, ciśnieniu.

„Chcą tego samolotu” – powiedziała. Potem urwała, a w jej głowie pojawiła się kolejna myśl. „Albo chcą czegoś na pokładzie. Albo…”

Zatrzymała się.

„…chcą kogoś na pokładzie tego samolotu”.

Uświadomienie sobie tego faktu uderzyło ją z całą mocą.

A co, jeśli to wcale nie było przypadkowe?

A co, jeśli to ona była celem?

Mara miała wrogów. Podczas lat spędzonych w Siłach Powietrznych latała na misjach, które zakłócały operacje, niszczyły cele i tworzyły wrogów, którzy o niej nie zapomnieli. Odeszła z wojska po tym, jak jej ostatnia misja zakończyła się niepowodzeniem i kosztowała życie.

Myślała, że ​​emerytura, cywilne ubrania i anonimowość oddzielą ją od tego świata.

Ale być może ten świat nigdy jej nie opuścił.

„Kapitanie” – powiedziała powoli – „czy na liście pasażerów było coś nietypowego? Rezerwacje w ostatniej chwili? Alarmy bezpieczeństwa?”

Kapitan pokręcił głową.

„Nie powiedziano mi. Dlaczego?”

Zanim Mara zdążyła odpowiedzieć, wrogi samolot wykonał kolejny przelot.

Ten był jeszcze bliżej.

Samolotem wstrząsały turbulencje. Rozległ się alarm. Kapitan z trudem utrzymywał samolot w równowadze, a Mara przejęła stery na tyle długo, by pomóc mu go ustabilizować.

„Są zdesperowani” – powiedziała. „Co oznacza, że ​​nasz czas się kończy”.

W kabinie sytuacja się pogarszała.

Dwóch podejrzliwych pasażerów stało się otwarcie wrogich. Pozostali pasażerowie odsunęli się od nich, tłocząc się w przejściach. Załoga utworzyła kordon, ale groźba przemocy była niezaprzeczalna.

Jeden z mężczyzn stał z rozpiętą marynarką na tyle, by osoby w pobliżu mogły dostrzec coś, co wyglądało na pistolet przy jego pasku.

„Zachowajcie spokój” – powiedział rzeczowo. „Nie chcemy nikogo skrzywdzić, ale ten samolot zmienia kurs”.

Kobieta krzyknęła.

Dziecko zaczęło płakać.

Wtedy nagle ktoś wstał.

Z miejsca 24D, krępy mężczyzna w garniturze wstał i stanął z nią twarzą w twarz.

„Nie sądzę” – powiedział cicho.

Podejrzliwy pasażer odwrócił się, sięgając ręką po marynarkę.

Biznesmen był szybszy.

Jednym szybkim ruchem pokonał dystans i powalił mężczyznę na podłogę. Broń potoczyła się po podłodze.

Wybuchł chaos.

Drugi podejrzany pasażer próbował rzucić się w stronę kokpitu, ale inni pasażerowie zablokowali mu drogę. Emerytowany policjant, siedzący na miejscu 18B, zawołał go.

W ciągu kilku sekund oba zagrożenia zostały zneutralizowane przez zwykłych obywateli, którzy odmówili poddania się.

W kokpicie Mara słyszała walkę przez wzmocnione drzwi.

„Złapali ich” – oznajmił kapitan, gdy załoga oceniała sytuację. „Pasażerowie ich obezwładnili”.

Mara poczuła chwilowy przypływ dumy.

To nie byli żołnierze. To nie byli wyszkoleni bojownicy. To byli biznesmeni, turyści, krewni, zwykli ludzie, którzy wykazali się odwagą w kluczowym momencie.

Ale samolot wciąż tam był, na zewnątrz.

Chodziłem tam i z powrotem.

Wciąż czekałem.

Wtedy radio znowu się włączyło.

Tym razem głos nie był zniekształcony.

Był wyraźny.

I Mara natychmiast rozpoznała ten akcent.

„Kapitan Dalton” – powiedział głos. „Wiem, że jesteś w tym samolocie. Wiem, że jesteś w kokpicie. To wszystko się skończy, kiedy się zgodzisz”.

Kapitan spojrzał na nią.

„Znają twoje imię”.

Mara na chwilę zamknęła oczy.

„Znam ten głos” – powiedziała.

„Nazywa się Wiktor Kłow. Walczyłam z nim trzy lata temu”. Mój oddział przechwycił jego drużynę nad terenem spornym. Wygraliśmy”.

Zatrzymała się.

„Jego brat nie”.

Wyraz twarzy kapitana się zmienił.

„To osobista sprawa”.

„Tak” – powiedziała Mara. „On mnie ściga”.

I teraz zdała sobie sprawę, że 300 niewinnych ludzi zostało uwięzionych.

Szybko ogarnęło ją poczucie winy, ale je odepchnęła.

Na poczucie winy przyjdzie czas później.

W tej właśnie chwili musiała się zastanowić.

Wzięła do ręki radio.

„Wiktor” – powiedziała, celowo używając jego imienia. „Chcesz mnie?” Dobrze. Ale ci ludzie nie mają nic wspólnego z naszą przeszłością. Puść ich wolno”.

Victor się zaśmiał.

„Myślisz, że ja…