„Czy przyjechałam tu z zemstą? Nie, Kapitanie. Przybyłam, żeby ci coś udowodnić. Zabrałeś mi wszystko. Teraz ja odbieram ci wszystko”.
Mara szybko pomyślała.
Victor miał przewagę: samoloty, broń, pozycję.
Ale miał też swoje ograniczenia.
To była międzynarodowa przestrzeń powietrzna. Im dłużej to trwało, tym większe ryzyko odwetu militarnego. Każda minuta zmniejszała jego pole manewru.
Będzie o tym wiedział.
Co oznaczało, że wkrótce będzie działał.
„Kapitanie” – powiedziała Mara, zwracając się do załogi – „słuchaj uważnie. Za jakieś trzy minuty nadejdzie ratunek. Nadałam naszą pozycję i sytuację na wszystkich dostępnych częstotliwościach. Gdzieś są rozmieszczane myśliwce przechwytujące. Victor też o tym wie”.
„Więc co on zrobi?” – zapytał kapitan.
„Spróbuje nas sprowadzić na ziemię, zanim nadejdzie ratunek”. „Będzie miał dwa wyjścia: albo nas zestrzelić i zabić wszystkich, albo zmusić nas do lądowania tam, gdzie zechce”.
Kapitan spojrzał na nią.
„Jak myślisz, którą opcję wybierze?”
Mara przypomniała sobie Victora, mężczyznę, z którym mierzyła się lata temu.
Był bezwzględny, ale nie lekkomyślny. Chciał, żeby wiedziała, że przegrała. Chciał, żeby ta porażka była osobista.
„Zmusi nas do lądowania” – powiedziała.
„Co oznacza, że mamy tylko jedną szansę, żeby odwrócić losy wojny”.
Opowiedziała jej o planie.
To było niebezpieczne.