Czekaj. Przed terminalem zebrali się już dziennikarze, którzy usłyszeli o dramatycznych wydarzeniach, które rozegrały się podczas lotu.
Ale zanim to wszystko się zaczęło, Mara znalazła ciche miejsce przy oknach terminala.
Wyjęła telefon.
Musiała wykonać tylko jeden telefon.
Jej były przełożony odebrał po drugim dzwonku.
„Dalton. Słyszałam. Wszystko w porządku?”
„Nic mi nie jest, proszę pana” – powiedziała Mara.
„Ale Wiktor Kłow wciąż jest na wolności. I teraz wie na pewno, że przeżyłam”.
Zatrzymała się.
„Wróci”.
Po drugiej stronie telefonu zapadła długa cisza.
W końcu odezwał się funkcjonariusz.
„Więc co pan powie?”
Mara spojrzała na swoje odbicie w ciemnej szybie sąsiedniej szyby.
Kobieta, która się na nią patrzyła, miała na sobie zielony sweter. Wyglądała na zmęczoną, zwyczajną, niemal anonimową.
Ale nigdy tak naprawdę nie była to jej prawdziwa natura.
„Mówię, że kończę z wyścigami” – powiedziała cicho.
„Próbowałam życia w cywilu. Próbowałam zniknąć. Ale dzisiejszy dzień coś mi pokazał”.
Wzięła głęboki oddech.
„Nie mogę uciec od tego, kim jestem. I może nie powinnam próbować”.
Głos po drugiej stronie linii był ostrożny.
„Masz na myśli, że chcesz wrócić?”
Mara pomyślała o 300 osobach w tym samolocie.
O tych obcych, którzy patrzyli na nią z nadzieją, kiedy wszystko poszło źle.
O pasażerach, którzy znaleźli w sobie odwagę.
O dziecku, któremu matka podziękowała za to, że dała mu przyszłość.
„Tak, proszę pana” – powiedziała.
„Chcę wrócić. Bo są inni zwycięzcy”. „I ktoś musi ich powstrzymać”.
Przez chwilę panowała cisza.
Potem odezwał się jej były przełożony.
„Witamy w domu, kapitanie Dalton”.
Sześć miesięcy później Mara wróciła do munduru.
To nie było to samo zadanie, które miała wcześniej.
Tym razem należała do wyspecjalizowanej jednostki, której zadaniem było radzenie sobie z zagrożeniami, z którymi zetknęła się tego dnia: zbuntowanymi agentami, incydentami międzynarodowymi i sytuacjami panującymi w niepewnej przestrzeni między lotnictwem cywilnym a konfliktem zbrojnym.
Znowu latała.
Nie misje bojowe, ale misje ochronne.
Eskortowanie.
Reagowanie kryzysowe.
Loty mające chronić życie, a nie je odbierać.
Czasami, późną nocą po powrocie z misji, wracała myślami do lotu 417.
Przypominała sobie pasażerów, którzy sami stali się bohaterami.
Biznesmena, który obezwładnił uzbrojonego mężczyznę.
Emerytowanego policjanta, który interweniował, by aresztować drugiego napastnika.
Kapitana, który powierzył życie wszystkich pasażerów nieznajomemu.
I przypominała sobie kobietę, którą była, siedzącą w 8A, owiniętą w zielony sweter, tak bardzo starającą się stać kimś innym.
To miejsce nauczyło ją czegoś ważnego.
Można próbować uciec od przeszłości. Można zmienić ubranie, miejsce zamieszkania, a nawet całe życie.
Ale kiedy nadchodzi kryzys, kiedy inni potrzebują pomocy, ich prawdziwa natura zawsze wychodzi na jaw.
Dla kapitan Mary Dalton oznaczało to lecąc w kierunku niebezpieczeństwa, a nie uciekając od niego.
To oznaczało odpowiedź na wezwanie, gdy nadeszło na wysokości 35 000 stóp.
Chociaż w tamtej chwili pragnęła tylko spokojnie spać w miejscu 8A.