Zawsze byliśmy tylko we dwoje – mój tata, Johnny Walker i ja, Nicole.
Moja mama zmarła przy moim narodzinach, co było tragedią, której nigdy w pełni nie zrozumiałem, bo nigdy jej nie poznałem. Zrozumiałem jednak, bardzo wcześnie, że mój tata podjął decyzję w dniu moich narodzin. Wybrał mnie. Wybrał bycie zarówno matką, jak i ojcem. Wybrał bycie ze mną, dzień po dniu, rok po roku, mimo że bycie samotnym rodzicem było trudniejsze niż cokolwiek, co mogłem pojąć jako dziecko.
Robił wszystko. Pakował mi lunche przed wyjściem do pracy w Szkole Podstawowej św. Katarzyny, gdzie przez dwadzieścia dwa lata pracował jako główny woźny. Każdy lunch był przygotowywany z dbałością – kanapka pokrojona w trójkąty, bo tak wolałam, jabłko pokrojone w plasterki, żebym nie musiała go nadgryzać, karteczka napisana na serwetce z jakąś małą zachętą albo okropny żart, który sprawił, że jęknęłam.
Przewracał naleśniki w każdą niedzielę bez wyjątku, nawet gdy był wyczerpany pracą na dwie zmiany. Naleśniki z kawałkami czekolady w moje urodziny. Naleśniki z dolarem srebrnym w przypadkowe wtorki, kiedy myślał, że jestem smutna. Naleśniki maślankowe w niedzielne poranki, kiedy nie mogliśmy być nigdzie indziej niż razem.
Gdzieś w drugiej klasie, kiedy poprosiłam go, żeby nauczył mnie zaplatać warkocze, nauczył się sam, oglądając późno w nocy tutoriale na YouTube, kiedy spałam. Jego palce na początku były niezdarne – zaplatał za ciasno albo zapominał wzoru i musiał zaczynać od nowa – ale ćwiczył, aż nauczył się robić warkocze francuskie, holenderskie i rybie ogony, które trzymały się cały dzień.
Ale mój tata był także woźnym w tej samej szkole, do której ja chodziłem.
Co oznaczało lata słuchania tego, co wszyscy o tym myślą.
