W wieku sześćdziesięciu trzech lat myślę, że zmierzyłem się już ze wszystkimi lękami, jakie życie może mi zaoferować.
Doświadczyłam zwolnień, rosnącego zadłużenia, czekania na sprzedaż w szpitalu i długich nocy spędzonych na zastanawianiu się, jak uda mi się to wszystko utrzymać pod kontrolą. Strach stał się mi znajomy: coś, co wytarło się z czasem, coś, z czym można sobie poradzić.
Albo tak mi się wydawało.
Ta iluzja prysła w chwili, gdy przemówiła moja siostrzenica.
Był chłodny październikowy poranek w Vancouver, taki, który sprawia, że wydaje się, że wszystko jest spokojne i zwyczajne. Ulice były usłane złotymi i czerwonymi liśćmi, a powietrze ciężkie od ostrego zapachu cedru i deszczu. Właśnie odwiozłem moją żonę, Margaret, na lotnisko.
Miała właśnie wyjechać na, jak to określiła, „wyjazd wellness” do Kelowny. Pięć dni jogi, zabiegów spa i relaksu. Przynajmniej tak głosiła oficjalna wersja.
Kiedy wysiadła z samochodu, prawie na mnie nie spojrzała.
„Nie zapomnij podlać moich storczyków” – powiedziała, jakby zlecała jakieś zadanie, a nie żegnała się.